środa, 13 czerwca 2018

Za dużo tego

Hello, to ja. Kto się cieszy łapka w góre :D. A teraz konkrety. Nie wiem co mam robić. Naprawdę. Tego jest tak dużo, że aż mi się to wszystko wylewa. Pamiętacie mój ostatni wpis o końcu? Zgadnijcie czy się skończyło. Otóż nie. Kto zaskoczony? O dziwo nawet ja się troszkę rozczarowałam, bo naprawdę liczyłam że coś się stanie, a tak naprawdę to tylko psychika rozwala mi się coraz bardziej. Wczoraj zostałam po raz kolejny zaskoczona. Wtorek, 12.06.2018r.(swoją drogą jak widzę jak ten czas tak szybko płynie to wciąż nadziwić się nie potrafię), godzina wychowawcza.Dominika miała do zrealizowania prezentację o systematyczności. Zawarła w niej cząstke siebie, pokazywała nam zdjęcia, kiedy zaczynała tańczyć i powiedziała że dla niej systematyczność równa się sukcesem. Pod koniec prezentacji pytała się klasy co nas motywuje. Pytanie zostało skierowane też do mnie. A co odpowiedziałam? Że moją motywacją jest Mój brat. Bo taka prawda, ileż to rzeczy ja robię dla niego, wiem że muszę być odpowiedzialna i taka się staję, a Bartkowi chcę pokazać, że mimo niepowodzeń zawsze, ale to zawsze można dać radę. I na tym koniec. Nic nadzwyczajnego, co nie? Otóż tu was jednak zaskoczę. Cofnęłam się o parę lat wstecz,wyjrzałam przez okno i widziałam na trawie siebie. Małą mnie, radosną, nieświadomą. Biegałam na dworze w kimonie powoli brudnym już od trawy. Byłam z moim zespołem, drużyną. Byłam u siebie, w moim domu, gdzież gdzie rządziłam ja. Śmiałam się jak szalona, byłam szczęśliwa. Graliśmy wtedy w nogę, oczywiście wszyztskich faulowałam. Ale to właśnie byłam ja. I znowu wróciłam duszą i ciałem do klasy i słuchałam dalej. Resztką sił odpędzałam łzy. Zbliża się koniec lekcji i nagle usłyszałam coś czego nigdy bym się nie spodziewała. Wychowawca poprosił bym została po lekcji by porozmawiać. Lekcja się skończyła, podeszłam do biurka i usłyszałam pytanie co się dzieje. Spojrzałam na drzwi i je zamknęłam, poczym nauczyciel poprosił bym usiadła. Opowiedziałam mu o tym o czym myślałam. Powiedziałam że kiedyś moją motywacją był sport, tak jak u Dominiki i że bardzo mi tego brakuje. Powiedziałam mu o tym że przerwałam treningi bo byłam konsekwentna. Jak zawaliłam to ponoszę tego konsekwencję. O mistrzostwach , o trenerze, o tym że do mnie napisał. Zapytałam się go wtedy czy jest sens by wracać do czegoś skoro minęły już 4 lata. Powiedział że sens jest zawsze. Powiedziałam też o tym że  wtedy kiedy mogłam chodzić to byłam konsekwentna i nie chodziłam i że teraz jak chce to nie mam jak bo muszę się bratem zajmować. On się zapytał tylko ile mam lat. Powiedziałam że 16. On na to że nie jestem dorosła i wcale nie muszą nią być. Jestem nastolatką i że moje problemy są ważne. Nartoletnie ale tak samo ważne. Powiedziałam mu że już dawno stałam się dorosła, zaczełam w wieku 7-8 lat. Musiałam dorosnąć. Chciałam pomóc mamie, bratu, wszystkim. Na koniec powiedział mi żebym zastanowiła się kto bardziej wymaga bym była dorosła, ja , czy moi rodzice. Rozmawialiśmy także o sporcie, powiedział że może mi pomóc i powiedział że może zacząć od nowa? Powiedział także że tamten trener był w takim razie niepoważny bo tak sie nie robi, oraz powiedział dla mnie coś bardzo ważnego. Za 10 lat będę próbowała założyć swoją własną rodzinę, a jak mam to zrobić jak jestem tak menatalnie przywiązana do mojego brata? Bartek to nie jest mój syn, a ja nie muszę być dorosła. Powiedział że mam dopiero 16 lat i tak naprawdę to dopiero zaczynają się decyzję, że nie jest za późno. A ja mu wierze. I ma racje.Zaproponował mi szkolnego psychologa, odrazu odmówiałam, bałabym się że mogłabym powiedzieć za dużo, bo przecież to nie są wszystkie moje problemy. Pozostali jeszcze moi cudni rodzice i ich kłótnie. Ale na tą chcwilę skupię się na tym o czym rozmawiałam z wychowawcą. Następna rozmowa we wtorek. Nikt nie wie o czym rozmawialiśmy, nie chcę o tym narazie nikomu mówić, to jeszcze nie czas. Ale wiecie co mnie najbardziej w tym wszystkim zaskoczyło? Że to już druga osoba zapytała się o mnie. Druga od wielu lat. Nie Bartek, nie mama, nie Magda i nie tata. Ja! To dla mnie coś niezwykłego. Kończę.

sobota, 2 czerwca 2018

Czy to koniec...?

Wczorajsza data będzie dla mnie kropką. Pewnym zakończeniem. 1 Czerwiec 2018r. Od czego się zaczęło? Od drobnej sprzeczki z chłopakiem a zakończyło się wszystko widokiem szarpiącej się mamy z nożem w ręku. Zgubiliście się? Już wam tłumacze. Nad sytuacją z chłopakiem nie będę się rozpisywać bo też nie to jest teraz najważniejsze. I nie, nie jestem chamska. Powracając do wątku, kiedy moje spotkanie z chłopakiem dobiegło końca, wróciłam do domu. W nim zastałam mamę i Magdę która się do niej tuli od tyłu. Obie siedziały w kuchni . Była wtedy może jakaś  21. Mama była zmęczona, w tym dniu pracowała nowym systemem w pracy, więc była 12 godzin na nogach. Poszła na działkę,potrzebowała chwili dla siebie, chwili by ochłonąć. Jak się potem okazało na nic się to zdało. Byłam spokojna, mówiłam sobie , mama jest dorosła przecież da sobie radę. O około 22 zaczęłam do niej dzwonić gdyż zaczęłam się martwić, robiło się coraz ciemniej i zaraz miało zacząć padać. Nie odebrała. Prowadziła z kimś rozmowę, ale gdy ją zakończyła telefoniczną rozmowę wysłała do mnie esemesa , że jest na działce i już wraca. Ulżyło mi. Mama mimo to i tak nie wracała, ja leżałam wtedy w łóżku i czekałam na jej powrót by spokojnie zasnąć. Z rozmów jego i Madzi dowiedziałam się, że mama siedzi przed domem, mimo że padał deszcz. Gdy mama już wróciła do mieszkania, było nawet spokojnie.Nic nadzwyczajnego. Słowne przytyki, parę obraźliwych słów ale było stabilnie. Jak to często bywa, nagle niespodziewany zwrot akcji. Zaczęli coraz bardziej krzyczeć. Muszę uczciwie przyznać, że to mama bardziej prowokowała, ale czy można jej się dziwić? Nie pochwalam jej zachowania, ale jestem w stanie je zrozumieć. Co było dalej? On zaczął ją wyzywać od narkomanek, że zachowuje się jakby była niepoczytalna( i vice versa), zaczął ją obrażać i wyzywać. O dziwo to wszystko spokojnym tonem. Ale bądźmy szczerzy. Taki ton nieraz jest gorszy od krzyku. Mama zaczęła odpłacać mu się tym samym( tyle że ona krzyczała), na koniec zaczęła krzyczeć"może mnie teraz uderzysz co? no śmiało!". A on po prostu ją uderzył.Znowu. Po raz któryś. To wszytko ciągnie się od jakiś dwóch lat. Mama tak jak na początku przyjmowała ciosy i nic z tym nie robiła, to teraz zaczęła walczyć. Postawa godna podziwu? Ależ oczywiście i nie piszę o tym z ironią. Szkoda tylko, że mama staję się w napadzie złości nieobliczalna. Myślicie, że już wiecie jak to się zakończy, że niby to wszystko jest oklepane? Tak jak się pewnie większość was domyśliło mama się na niego rzuciła, oczywiście z amunicją. Kiedy amunicja się skończyła wzięła noże i się na niego rzuciła. Przy pierwszych już głośniejszych krzykach zeszłam już z łóżka, dzięki temu mogłam mamę w pewien sposób zatrzymać. On się schował do łazienki. Pewnie uważacie, że mamę to powstrzymało, co nie? Hah! Oczywiście że nie. Nasze drzwi łazienkowe posiadają u góry kwadratowe, plastikowo- szklane szkiełko o dość sporych rozmiarach. Wzięła noże i zaczęła w nie walić aż nie zrobiła się dziura. Mama sumienie ją pogłębiała, wydzierając się, wrzeszcząc i szarpiąc. Trzymałam ją od tyłu próbując ją w pewien sposób zaklinować swoim uciskiem. W tym czasie Magda zaczęła dzwonić na policję, a Bartek obudził się i z boku wszystkiemu się przyglądał Szyba została całkowicie rozwalona a ja przez tą szarpaninę, odrobinę się pocięłam. Odsunęłam mamę na miare bezpieczną odległość i zaczęłam drzeć się by przestała.To było dla mnie za wiele. Zaczęłam się dusić.Osunęłam się na podłogę próbując zyskać trochę powietrza. To naprawdę nie jest łatwe.  Dodajcie do tego tło. Ja 16-letnia nastolatka, prawię lezącą na podłodze,która dostała ataku, obok mama która cały czas wrzeszczy i nie zwraca na mnie uwagę, nieco dalej ojciec który także zawzięcie walczy o swoje, pomiędzy nimi Magda, próbująca mi pomóc i oddzielić rodziców, a całkowicie na poboczu Bartek, który wszystkiemu się przygląda. Nagle przyszli i Adam i Ciocia. Adam gdy mnie zobaczył od razu pomógł mi wstać i zabrał do siebie, Ciocia natomiast skupiła się na tym by pomóc Madzi. Zniknęłam za innymi drzwiami usiadłam na fotelu i próbowałam się uspokoić a przed wszystkim swój oddech. Adam przyniósł mi butelkę wody i zaczął ze mną rozmowę. Po mimo sytuacji, która niedawno się wydarzyła to wcale nie on była naszym głównym tematem. Po prostu zaczęliśmy rozmawiać za co byłam wdzięczna bo mogłam mniej o niej myśleć. Po jakimś czasie dołączyli do nas jeszcze Bartek i Madzia. Kacper choć staraliśmy być cicho obudził się i usiadł koło nas. było wtedy po pierwszej. Przyszedł on, mój "tata" i zapytał się czy wszystko dobrze.Nie patrząc na niego odpowiedziałam tylko "znowu ją uderzyłeś." spytał się dlaczego się dusiłam, w końcu na niego spojrzałam i powiedziałam spokojnie "przecież mam astmę" i wyszedł. Nadal rozmawiałam z Adamem i wtedy drzwi otworzyły się poraz kolejny i do środka weszła jakaś Pani. Zdziwionym wzrokiem patrzymy się na nią po czym ona podchodzi do mnie i pyta jak się czuję. Byłam zaskoczona i to bardzo. Po krótkiej wymianie zdań wyszła a ja wciąż nie wiedziałam kim ona jest. Do Adama przyszła Pani Edyta mówiąc że przygotowała nam u siebie łóżka, poszli tylko Madzia i Bartek, ja wolałam zostać. O ok. 2 znowu przyszła ta Pani, dowiedziałam się że jest to studentka, która była na pszczyńskiej ze znajomymi i na ulicy słyszeli krzyki, więc przyszła pomóc. Powiedziała nam że poprosiła tatę by sobie poszedł i najlepiej nie wracał  już by mama mogła ochłonąć, podała mi jeszcze swój numer telefonu, mówiąc że mogę pisać i dzwonić kiedy zechce porozmawiać lub by poprosić o pomoc. Ta sytuacja była dla mnie tak niezwykła, że nauczyłam się jej numeru na pamięć, na wypadek gdyby kartka z numerem miała w cudowny sposób wyparować. Jakiś czas temu wysłałam jej esemesa z podziękowaniami. W mieszkaniu u nas spałam tylko ja i mama, położyłyśmy się w jednym łóżku, tuląc się do siebie i uspakajać nawzajem. Długo nie mogłyśmy spać, aż w końcu coś koło trzeciej zasnęłam. Zanim zasnęłyśmy zamknęłam drzwi na górze, oraz na dole zostawiając w zamku klucz by on nie mógł ich otworzyć. Tata miał spać w aucie. Jak wielkie było moje zdziwienie kiedy jak się obudziłam zobaczyłam go w łóżku Magdy jak śpi. Myślałam że mama mu otworzyła ale kiedy z nią rozmawiałam, powiedziała że jak się obudziła to on już tutaj był. Więc teraz pytanie, jak on wszedł? Tego nadal nie wiem. Teraz pewnie pytanie czemu nic nie napisałam chłopakowi. Ponieważ nie chciałam by się martwił, za bardzo byłam na to zmęczona, a nie miałabym pojęcia jak by na to zareagowałby. Gdy zaproponowałam mu spotkanie dzisiaj, zapytał się mnie czy musimy się dzisiaj widzieć.Nie chcę by spotkał się ze mną na chama, tym bardziej że teraz tak sobie myślę że ja tez potrzebuje czasu. To jest zbyt świeże. Nie wiem czy mam mu to mówić, choć znając mnie pewnie to zrobię, tylko kiedy? Sama nie wiem. Mama mówi że to koniec, ztąd właśnie tytuł posta. Bo ileż ja to razy słyszałam że to koniec? Multum. I nie wiem czy mam znowu wierzyć że tak będzie. Kolejna sprawa bardzo ważna, bo co teraz będzie? Mama twierdzi że tata ma się wyprowadzić a ona sama wzniesie pozew o rozwód. Czy do tego rzeczywiście dojdzie? A jeśli tak to co się wydarzy i przez co będę musiała przejść by ten cel został zamierzony. Mateusz zadzwonił do mnie przed chwilą proponując spotkanie. Jutro ma biegi więc chciał się zapisać, ja za to na tych biegach będę dziennikarką. Cieszę się i to bardzo, a jeszcze bardziej się stresuje. Tym bardziej po tym co się wydarzyło dzisiaj. Cholernie boję się dzisiejszej nocy, tak samo jak pozostałych. Powoli to staję się dla mnie za wiele, tak po prostu. Mama mi dzisiaj powiedziała że głupio jest jej że musiała sąsiadów angażować, po czym stwierdziła że my z Madzią jesteśmy chyba przyzwyczajone do tych "kłótni". Guzik prawda, nie byłam, nie jestem i nigdy nie będę. To jest z byt straszne. Boję się też tego że dostałam ataku, to zły znak. Czyżby mój organizm dyskretnie daje mi znak, że też ma dość? Każdy ma tego wszystkiego dość, a jedyne co możemy zrobić to tylko patrzeć. Podobno kiedyś będzie lepiej i trzeba tylko poczekać.

Potrzebuje Cię

Nawet nie macie pojęcia jak ciężko jest jak kawałek Twojego świata się wali, a kiedy masz kogoś kogo kochasz boisz mu się powiedzieć prawdy. Ale w sumie dlaczego się boję? Przecież wszystko co się wydarzyło w ciągu ostatnich 24h było niezależne ode mnie. Tak bardzo mam potrzebę napisania do niego że go potrzebuje, ale nie potrafię tego zrobić. I to nie tak że chce coś przed nim ukrywać. Po prostu jest mi ciężko. Cholernie ciężko i nie wiem czy chce o tym myśleć. Potrzebuje by mnie przytulił i powiedział że wszystko będzie dobrze. Bo będzie prawda? Będzie ciężko, pod górkę, ale chyba kiedyś górka powinna się skończyć. Chce by był przy mnie blisko, żeby w swoich ramionach mnie schował i ochronił przed wszystkim i przed wszystkimi. Ale tak się nie da. Z tym wszystkim muszę zmierzyć się sama. Niesprawiedliwe, okrutne? Tak już jest od kilku lat. Jak sobie przypomne tych wszystkich psychologów którzy robią pogadanki u nas w szkole, o przemocy, o tym jak to rozpoznawać i że trzeba być tolerancyjnym to aż mi się rzygać chcę. Osoba która chce się zabić niekoniecznie musi mieć cięcia na rekach ani chodzić przygaszona a osoba która się szczerzy jak debil to nie oznacza że ma życie usłane różami. Dla nich wszystko jest czarne i białe. Pieprzoni debile. kiedyś będzie lepiej. To moje motto. Powtarzam to jak mantrę tak jak to że inni mają gorzej. Bo tak jest na pewno. Ale mimo wszystko i tak potrzebuje czegoś stałego, Potrzebuje miejsca gdzie poczuje się bezpiecznie. Ale jak na razie jest jak jest. Kiedyś będzie lepiej, ewentualnie jeszcze gorzej.